Mija dziesięć miesięcy odkąd nie pracuję seksualnie i mogę wreszcie powiedzieć, że raczej lubię swoje ciało i ogólnie wygląd. Przez ostatnie lata była to sympatia bardzo warunkowa, totalnie uzależniona od męskiej akceptacji.

Z początku tego nie zauważyłam. Tysiące komplementów odnośnie każdej części mojego ciała sprawiły, że czułam się ze sobą bardzo dobrze, super atrakcyjnie. Jednak to nie było moje wewnętrzne „dobrze”, wynikające z ciałopozytywnego podejścia („ciało jest fajne, bo jest”). To było „dobrze” warunkowe, wynikające z wpisania się w gust obcych osób.

Przez te pięć lat czułam się atrakcyjna, bo podobałam się mężczyznom – jeśli często dzwonili, komplementowali na żywo itd. W konsekwencji cały czas patrzyłam na swoje ciało jak na produkt. Modyfikowałam ten produkt, aby spełnić kryterium „zadbania”. Opakowywałam go następnie w atrakcyjne ciuszki – seksi bielizna, obcisła sukienka, niewygodne buty. Przystrajałam makijażem. I jechałam do pracy z nadzieją, że znowu będzie się podobać i dostanę pieniądze zamiast „wiesz co, jednak podziękuję” łamane przez „oj, zapomniałem portfela z samochodu, zaraz wracam”.

Po drodze zmienił mi się rozmiar z chudego S na krągłe M (duże piersi, duża pupa i niewielki brzuszek) i nie mogłam tego przeżyć. Całe życie miałam S, momentami to S nawet na mnie wisiało, a tu nagle M. Klientom się to nie spodobało – większe branie w branży escortowej mają osoby wpisujące się w aktualny kanon piękna. Dodatkowo przeskoczył mi wiek z 2X na 3X i liczba telefonów drastycznie zmalała.

Efektem były rosnące kompleksy, dobitnie pokazujące warunkowość mojego dobrego samopoczucia. Im piękniej się ubierałam, tym gorzej się ze sobą czułam, bo właśnie wtedy włączało mi się „czy wyglądam dostatecznie atrakcyjnie?”. Kiedy po prostu się ubierałam, problem kompleksów był znacznie mniejszy.

Pięć miesięcy po zakończeniu pracy seksualnej po raz pierwszy zrobiłam makijaż i założyłam sukienkę. Był to wyjątek, a potem nastąpiła kolejna faza dżinsów na zmianę z drugą parą dżinsów. Jak najmniej zajmowania się wyglądem. Czyli powrót do starej rzeczywistości sprzed pracy seksualnej, kiedy miałam dosłownie jedną sukienkę i nie wiedziałam, co to jest blendowanie. (Nieuświadomionym wyjaśniam, że to dosyć podstawowa technika makijażu oczu).

Za to kiedy patrzę w lustro, to wewnętrzny krytyk odzywa się znacznie cichszym głosem. Wreszcie nie muszę być hiperatrakcyjna, żeby nie martwić się o przyszłość. Teraz mogę po prostu mieć wagę w zdrowej normie i budzić pożądanie jednej konkretnej osoby – mojego chłopaka, który pragnie mnie z miliona różnych powodów. Nagle okazało się, że mogę przez miesiąc nie depilować nóg i nie ma to dla nikogo najmniejszego znaczenia. Wolność.

Awersję do robienia się na bóstwo mam cały czas. Czasem się maluję lub zakładam jedną z sukienek od chłopaka – mniej mi się kojarzą z pracą i przymusem atrakcyjności – ale nigdy wtedy, kiedy ktoś mi każe: wtedy awersja rośnie kosmicznie.