Jeśli menedżer z Mordoru szprycuje się kokainą, żeby wyrobić targety przed dedlajnami, raczej uważamy, że jest coś nie tak z jego pracą. Chyba że siedzimy w kulturze „to normalne, wszyscy tak robią”.
Jeśli seksworkerka szprycuje się alkoholem albo narkotykami, żeby móc w ogóle nawiązać kontakt z klientem… Kiedyś to był argument, że praca seksualna jest niezdrowa dla tej osoby. Teraz wchodzimy w myślenie, że to dobra praca, bo pozwala zarabiać pieniądze osobie uzależnionej.
MOGŁAM odejść w momencie, gdy pojawił się wybór między tłumieniem emocji używkami a natychmiastową zmianą życia. Masa ludzi nie ma takich możliwości.
Sama już raz – kilkanaście lat temu, jak gdyby w innym życiu – przejechałam się na wytłumieniu emocji alkoholem i wystarczy mi na całe życie. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Aby wytrwać w niezdrowej sytuacji, trzeba choć trochę zanegować problem znieczulania się używkami. Obojętne, o jaką pracę (sytuację) chodzi. Ważne jest to, że na trzeźwo się nie da.
Niestety to autosabotaż. Trudno jest wydostać się z trudnej sytuacji, kiedy udaje się przed sobą, że to dobra opcja. I że używka jest zupełnie osobno. Albo że no wprawdzie pije się, żeby nie czuć i móc wytrwać, ale nie ma się innego wyjścia i w ogóle to mogłoby być gorzej, a ta opcja jest naprawdę OK, tylko trzeba czegoś ekstra dla poradzenia sobie z głupimi emocjami.
Najgorsze, że tego innego wyjścia naprawdę wtedy nie widać.
Ono może tam być. U mnie było. W teorii było proste: pójście na spacer, wsłuchanie się w siebie i jedna kulturalna rozmowa (awantura) kończąca niezdrowe znajomości. Ale wydawało się kosztować znacznie więcej niż wytłumienie rozszalałych alarmów.

0 komentarzy