Disclaimer: jestem DDA oraz dorastałam w epoce terroryzowania małych dzieci smutną wizją ich losu, jeśli wezmą kiedyś jakąś dziwną pigułkę od kolegi ze szkoły. Dlatego moja relacja z używkami to „nie chcę tak skończyć” przykryte względną normalnością.
Kilka lat temu dostałam histerii, że mój przyjaciel codziennie pije lampkę wina do obiadu, więc na pewno jest / będzie alkoholikiem.
Rok po tamtej scenie zaczęłam pracować w agencji.
W tym roku doszłam do momentu, że totalnie akceptuję to, że rodzica nie da się zmienić. Ludzie nie zostają alkoholikami bez powodów i czasami mogą woleć nimi pozostać.
*
W agencji używki nie były może popularne wśród klientów, ale na tyle częste, żebym wyrobiła sobie bardzo jednoznaczne zdanie: klient wyraźnie pod wpływem to trudny klient.
Pomijając chorego psychicznie pana z jednego z wcześniejszych wpisów, praktycznie wszystkie nieprzyjemne sytuacje w agencji były związane z nadużyciem alkoholu przez klienta albo jego przywiązaniem do kokainy. Standardem było to, że chcieli wtedy seksu albo chociaż ocierania się bez gumki. A ponieważ to była agencja, to wiecie, klient nasz pan. I weź se radź.
Jedno z tych spotkań, które pamiętam i wspominam z dużą niechęcią, to była cała noc z panem, który kupił na tę okazję dużo białego proszku. Noc była niezapowiedziana, więc nie miałam okazji wyspać się w dzień. Pan się ciągle stymulował (i przy okazji robił niezbyt sympatyczny), a ja byłam nieprzytomna ze zmęczenia i dodatkowo przebodźcowana jego zachowaniem. Koszmar. Oczywiście mogłabym wziąć tę cholerną kokainę i mieć wyjebane na wszystko. Chyba. Bo mam JEDNO doświadczenie z narkotykami, i to z późniejszego okresu, i z marihuaną. Uroki bycia nolifem (oraz escortowym control-freakiem) z tak zwanego dobrego domu (do czasu). No więc musiałam znosić tego pana na trzeźwo. I paru innych, mniej nieznośnych.
Z alkoholem było bardziej niejednoznacznie, bo alkohol czasem jednak piłam, parę razy w życiu nawet zdarzyło mi się upić (wow, wow, szacuneczek XD), w tym raz w agencji, z głupoty. Bo kto gasi pragnienie winem na pusty żołądek… Klient wyglądał, jakby mu to nie przeszkadzało, mnie było cholernie głupio.
Z drugiej strony, właśnie ze spotkania z pijanymi mężczyznami, klientami agencji, wyszłam. I potem były problemy. Znaczy niby OK, że wyszłam, wszyscy to rozumieją w takiej sytuacji. Ale trzeba było jeszcze zatrzymać stałego i jakże hojnego klienta, czyli na bank usłyszał coś negatywnego o mnie i OCZYWIŚCIE, że potem wyrażał do mnie pretensje, rozjebałam mu przecież wieczór.
Prywatnie nie chciałam takich problemów i jasno to zaznaczałam, ale kiedyś oczywiście dałam się wkręcić i zgodziłam się na to, by bardzo miły chłopak zażywał u mnie tę cholerną kokainę. Zrobiło się niebezpiecznie. To była jedna z tych trzech okazji, kiedy faktycznie mogłabym użyć gazu. Zamiast tego ukradkiem opisałam problem przyjacielowi i sprawa się rozwiązała w bardzo sprytny, niewinny i przekonujący sposób. I niby nic mi się nie stało – zazwyczaj tak było – ale potem naprawdę nie chciałam wracać do mieszkania do spotkań, bo przypominało mi się, że nie czułam się w nim bezpiecznie. No ale posprzątałam rozgardiasz po spotkaniu i po kilku dniach było OK. Potem kokainę widywałam tylko w mediach.
Innym razem byłam na spotkaniu, gdzie klient – super na trzeźwo – zrobił się brutalny pod wpływem alkoholu. Zdecydowanie przedawkował. Powiedziałam mu, że na trzeźwo był super, ale teraz się go boję i wychodzę. Wyraził zrozumienie i chyba było mu wstyd. Przyjaciel potem zbierał mnie do kupy, bo sytuacja mocno mnie striggerowała.
Miałam też dwie naprawdę niefajne sytuacje z moimi drinkami.
Raz – fatalne spotkanie, o którym kiedyś pisałam na blogu. Nagle znalazłam się w centrum jakiegoś międzyludzkiego dramatu, który w ogóle nie dotyczył mnie. Ja miałam być tylko narzędziem.
W finale, kiedy już wiedziałam, że zaraz wyjdę, znalazłam coś podejrzanego w moim kieliszku. Wkurwiona, oznajmiłam, że wychodzę i nastąpiła szamotanina pod hasłem „ojej nie bądź taka, no zostań, zostań, fajnie się bawimy”. Taksówką pojechałam prosto do nocnej pomocy lekarskiej.
Szczęśliwie pan był wprawdzie pojebany, naćpany i wstawiony, ale naprawdę nie chciał mi zrobić krzywdy. On tylko chciał się dobrze bawić… Przejął się drobnym wypadkiem do tego stopnia, że zaczekałam na taksówkę w środku, nie niepokojona przez nikogo z tych nieszczęśliwych ludzi.
Po tamtym spotkaniu w moim zbiorze zasad BHP pojawiły się aż trzy nowe zasady, aczkolwiek żadna nie dotyczyła używek. One stanowiły tam najmniejszy problem. Przynajmniej dla mnie…
Druga sytuacja była bardziej niejednoznaczna. NIE WIEM, czy dodatkowa wódka była dolana do drinka ze złą intencją, czy na zasadzie poprawin (moje drinki zawsze są słabe, a w pracy to już w ogóle). Ale zawsze obstawiałam to pierwsze, bo klient bardzo próbował przesuwać granice i bardzo próbował namawiać mnie, żebym piła jeszcze więcej. Oczywiście nie musiał być wyrachowanym gwałcicielem, mógł po prostu dogłębnie nie rozumieć pewnych kwestii związanych z consentem oraz bezpieczniejszym seksem. Nie żebym miała wtedy takie rozkminy.
NA SZCZĘŚCIE miało to miejsce po kilku latach pracy w zawodzie i większość zachowań miałam automatycznych. I zachowałam resztki świadomości. Nie na tyle, żeby wyjść od razu z „przepraszam, źle się czuję, chyba za dużo wypiłam, muszę do domu, spotkajmy się innym razem, dobrze?”. To było zdecydowanie zbyt dużym wyzwaniem. Ale dałam radę uruchomić alert POWAŻNE ZAGROŻENIE i skoncentrować się ze wszystkich sił na przetrwaniu. Dobrnęłam do końca spotkania bez kolejnego alkoholu, pilnując wszystkich granic i udając, że cokolwiek rozumiem z nawijki klienta, wszystko jest cool i miło spędzam czas. Potem spakowałam rzeczy, z wysiłkiem dopilnowałam, żeby niczego nie zapomnieć, pożegnałam się, zapewniając o dobrej zabawie i wyszłam. Zamówiłam z mozołem taksówkę, dojechałam do domu, nakarmiłam zwierzęta, weszłam na łóżko i właśnie wtedy urwał mi się film. Rano ze zdumieniem odkryłam, że jeszcze korespondowałam (składnie) na messengerze.
Ponieważ skutecznie wyparłam strach, to spotkanie nie jest – i pewnie nigdy nie będzie – na szczycie listy najbardziej nieprzyjemnych spotkań w moim życiu. W zasadzie potraktowałam je jako dość zwyczajne. Natomiast gdybym kiedykolwiek utworzyła listę najbardziej niebezpiecznych spotkań, to walczyłoby o pierwsze miejsce i miałoby niewielką konkurencję.
Wracając na moment do narkotyków, bo już kończę. Jeden jedyny klient palący marihuanę lub chrupiący ją w ciasteczkach był tak spoko, że po kilkudziesięciu spotkaniach dałam się namówić na ciasteczko i zaliczyłam to swoje jedno jedyne doświadczenie z narkotykami. Było super, tylko że klient w gratisie dostał nockę zamiast wspólnego wieczoru, bo zasnęłam i zostałam na śniadanie. No więc potem ciasteczek nie było. Wieczór to wieczór.
Plusy z używek w pracy były takie, że klienci często kupowali na nasze spotkania – oraz podczas naszych spotkań – naprawdę dobre alkohole. Parę razy trafili mi się znawcy wina, poznałam też trochę ciekawych drinków. Zwykle bardzo słodkich i bardzo drogich. I najczęściej po prostu sobie gadaliśmy przy alkoholu, nic się nie działo, każdy pilnował swojego limitu. W sumie nuda ![]()
Inny plus – przywykłam do tego, że dorośli ludzie czasem piją alkohol i nie zostają od razu alkoholikami.
Było też wesoło, kiedy rezygnowałam z wynajmowania mieszkania. Miałam wówczas w lodówce chyba z pięć butelek napoczętego alkoholu, który został mi po klientach. Mnóstwo ginu, jakieś martini, coś jeszcze i zestaw wódek smakowych, który liczę jako jedną sztukę.
Przewiozłam to do domu i ludzie, którzy mieli okazję zajrzeć do tej lodówki – w tym mój chłopak – dopytywali z niepokojem o moją relację z alkoholem.
Trzy lata później nadal mam jedną z tych wódek smakowych. Nie żeby została na pamiątkę, po prostu stoi i czeka, aż ktoś ją wreszcie wypije.

0 komentarzy