Weszłam sobie ostatnio do księgarni i wypatrzyłam książkę o zakupoholizmie. Jak na pewno wiesz, jest to rodzaj uzależnienia, tylko nie od substancji (jak alkoholizm, nikotynizm czy narkomania), a od czynności.
Sięgnęłam po nią, bo wiem, że mam problem. Wygrzebałam się z problemów finansowych i zaspokajam swoje bieżące potrzeby, ale nie jestem w stanie odłożyć ani jednego tysiąca złotych. To znaczy parę razy mi się udało, ale potem on i tak znika… Nie jestem z tego zadowolona. Z tego, że robię niekontrolowane zakupy zazwyczaj wtedy, kiedy się stresuję, też nie.
Zrobiłam sobie test. Do zdobycia było od 13 do 65 punktów. Ja uzyskałam 45. Kategoria „dziewczyno, masz problem!” zaczynała się od 40.
Konsekwencje rozhasanego zakupoholizmu łatwo umiem sobie wyobrazić, to u nas rodzinne.
Siedziałam więc sobie z książką w ręku i zastanawiałam się: kupić? nie kupić? Ma wiedzę, ma ćwiczenia… kupię! Niee, kupię, żeby stworzyć sobie poczucie kontrolowania problemu. Nie kupię.
Nie kupiłam.
Ale znalazłam w książce numer telefonu zaufania dla osób uzależnionych od czynności. Zadzwonię. Któregoś dnia.
***
Naprawdę nie chcę zmarnować szansy, jaką daje mi bycie w branży. Z wydawaniem wszystkich pieniędzy miałam problem zawsze. U mnie w rodzinie nikt nie umiał oszczędzać. Miałam krewnego-milionera, umarł wprawdzie nie w biedzie, ale z długami. Warto to przełamać, zwłaszcza że naprawdę chciałabym móc wydawać gotówkę trochę bardziej świadomie. A nie 50 zł tu, 70 zł tam… no naprawdę, stać mnie na więcej.
W ogóle chciałabym żyć bardziej w zgodzie ze swoimi celami. Na razie radzę sobie przeciętnie, widzę, jak to się ładnie mówiło na terapii, obszary do rozwoju.

No a ja z galerii handlowych korzystam głównie gdy w pobliżu jestem a muszę skorzystać z toalety. A co do walki z ową przypadłością to trzymam kciuki i mam nadzieje ze Ci się uda ją przezwyciężyć.
Robię postępy 🙂 Coraz częściej moją reakcją jest „meh, po co mi to”. Wprawdzie przedwczoraj zamówiłam do swojej biblioteczki przyszłości cztery książki w cenie jednej, ale tu akurat miałam odpowiedź na pytanie „po co?”. Niedawno nie poprawiłam sobie samopoczucia nadprogramowymi zakupami w galerii handlowej, nawet nie czułam potrzeby wejścia do sklepu (często wchodzę wyobrażać sobie, że coś mam lub mogę mieć, a potem wychodzę bez zakupów), tylko po prostu poszłam po prostej linii: wejście – właściwy sklep – potrzebne rzeczy – obrót na pięcie – wyjście.
Zaczynasz zatem zachowywać się jak facet. Może następnym razem pójdź do narodowego i się zgub na parę godzin. Galeria jest tam świetna
Nie rozumiem potrzeby kupowania dla samego kupowania. Od zawsze myślałem, że kupuje się rzeczy, których chce się używać. A jak ostatecznie się ich nie używa, to się je sprzedaje. Gdzie tu problem?