„Zaproszenie” do bolesnej refleksji

lip 20, 2026 | Relacje damsko-męskie | 0 komentarzy

Na wakacje kupiłam sobie Cinema City Unlimited i regularnie chodzę do kina. Dziś byłam na „Zaproszeniu”, przekonana, że będzie to komedia. Para, w której życie zakradła się rutyna, zaprasza swoich sąsiadów. Sąsiedzi okazują się swingersami. Miało być zabawnie, ale to jednak był komediodramat z naciskiem na dramat, utrzymany w klimacie sztuki teatralnej zachowującej jedność czasu, miejsca i akcji. Cała fabuła dzieje się w ciągu jednego wieczoru, w mieszkaniu głównych bohaterów, dotyczy tylko ich rozpadającego się związku.

Zabolało. Mocno.

Mój niemal dziewięcioletni związek rozpadł się niespełna trzy tygodnie temu. On był ze mną nieszczęśliwy, a do mnie dociera dzisiaj, że ja chyba też byłam nieszczęśliwa. Stłumiona. Dopasowana. Tego nie, tamtego nie. Odczytywałam, co będzie nie w porządku dla partnera i co wzbudzi jego milczącą dezaprobatę – i z tego rezygnowałam, często zanim wypowiedziałam swoje potrzeby czy emocje na głos. Nie kłóciliśmy się i niby rozmawialiśmy bardzo długo i otwarcie, ale chyba jednak nie.

Temat swingersów uderzył mnie patelnią przez łeb, bo to był bliski mi świat. Wyzwolony, otwarty. Przedawkowałam to, miałam PTSD, a potem… co się stało potem? Coś straciłam, tylko nie wiem co. Jakąś iskrę. Jakieś potrzeby, które nie budziły entuzjazmu. Nie wydawały się ważne, ale było wiele rzeczy, które nie wydawały się ważne. Może były kluczowe, a może po prostu uzbierało ich się za dużo.

*

Jedną z naprawdę ważnych rzeczy był ten blog.

W 2020 roku zamierzałam zrobić to, do czego przymierzałam się kilka lat – uruchomić płatne konsultacje. Miałam wiedzę, miałam przygotowanie zawodowe, miałam umiejętności… i miałam mocną markę osobistą, budowaną przez pięć lat pracy nad prowadzeniem bloga. Byłam czytana, cytowana, zapraszana do wywiadów, zgromadziłam wokół siebie społeczność, miałam występować w telewizji, ale się nie zgodziłam. Oraz, co najważniejsze, wszystko było jawne. Mogłam w każdej chwili odwołać się do swoich doświadczeń i prowadzić konsultacje tak jak chciałam – na luzie.

Powiedziałam o tym zamiarze partnerowi.

Zamilkł.

Dopytałam.

Nie chciał, żeby świat wiedział, że byłam prostytutką.

Pomyślałam sobie wtedy, że to nie jest takie istotne. Że zbuduję markę na czymś innym. Że związek jest ważniejszy.

Dopiero kilka lat później, po wielu niepowodzeniach związanych z próbą robienia rzeczy, które mnie nie pociągały wystarczająco, zorientowałam się, jak wiele wtedy poświęciłam. W tamtym czasie on już we mnie nie wierzył. Za dużo niewypałów. Za mało dochodu. Nie chciał słyszeć o kolejnych pomysłach i uważał, że przez ostatnie dziesięć lat niczego nie osiągnęłam. Nawet zapomniał, że prowadziłam firmę, która zarabiała pieniądze. Był przekonany, że dostawałam je w prezencie. O mojej ostatniej pracy też jakby nie pamiętał. Niby była, ale żeby patrzeć na nią jak na osiagnięcie, coś, co się powiodło? Pewnie gdyby była etatem, to by się liczyła.

Ja wtedy też nie pamiętałam, że Święta Ladacznica była osiągnięciem, że miała potencjał, że miałam na tym projekcie zarabiać. Ale sobie przypomniałam i nie mogłam wtedy zasnąć z wściekłości. To było kurewsko niesprawiedliwe. Moje liczne sukcesy, poświęcone dla związku, zostały po prostu wymazane. Jak gdyby ich nigdy nie było. (Wcześniejsze, przed Świętą Ladacznicą, też).

Kilka tygodni później wróciłam do tematu tego bloga. Był już z powrotem online.

Rozmowa w ogóle nie wypaliła. Cały pięcioletni projekt został sprowadzony do „bycia prostytutką”. Bardzo, bardzo dużo negatywnych emocji, bo jak ja w ogóle mogę, czy ja nie rozumiem, co to oznacza.

Tak, chodziło o seks z innymi mężczyznami.

Chodziliśmy wtedy na terapię par, chciałam poruszyć ten temat, ale terapeutka była ogromnym niewypałem, bardzo odpornym na jakąkolwiek krytykę. Tamta sesja była o czymś innym, a kolejne się nie odbyły. Zmieniliśmy terapeutę, ale musieliśmy zaczynać cały proces od początku.

Tak więc nie wróciłam do tematu… i do bloga też nie.

Smutne jest to, że na początku naszego związku moja praca nie była problemem. Nie przeszkadzała mu. Kiedy miałam wystąpić w telewizji, wspierał mnie i zastanawiał się, czy też chce się pokazać. Rok później było już źle, może dlatego, że wtedy pracowałam w zupełnie innej branży? To znaczy nadal nie przeszkadzało mu, że byłam prostytutką – ale bardzo nie chciał, żeby wiedzieli o tym inni.

Szanowałam to, ale koszt milczenia okazał się zbyt wysoki. Niemal zupełnie przestałam pisać. Nie miałam nic do powiedzenia. Nie wierzyłam w siebie. Zaczęłam mieć kosmiczny syndrom oszusta, który co najmniej częściowo wiązał się z tym, że żyłam z sekretem.

*

W „Zaproszeniu” małżeństwo głównych bohaterów miało rozmowę o tym, jak bardzo oboje są nieszczęśliwi. Powiedziała, że on zupełnie przestał grać na pianinie, które dawniej uwielbiał.

I wtedy pomyślałam, że ja przestałam pisać. Następnie przyszło olśnienie, że mam ten blog. Odkryłam, że pierwsze, co chcę zrobić po powrocie do domu, to zalogować się i napisać coś o tym, co zrobił mi ten film.

Potem napłynęły kolejne pomysły.

*

Tak przy okazji, to był bardzo dobry film. Gęsty od emocji, świetnie zagrany, autentyczny, z bardzo ciekawym, otwartym zakończeniem. Konsultowała go Esther Perel, znana specjalistka w tematach seksualnych – być może dlatego rozmowa o tym, jak wyglądają spotkania swingersów, nie brzmiały jak z literatury pokroju Greya, tylko prawdziwie.

Myślę, że zostanie ze mną na dłużej.

Jeśli uważasz post za wartościowy, możesz postawić mi kawę.

Zamów moją książkę

Zamów moją książkę

Your content goes here. Edit or remove this text inline or in the module Content settings. You can also style every aspect of this content in the module Design settings and even apply custom CSS to this text in the module Advanced settings.

Święta Ladacznica

Piszę o seksualności, relacjach i władzy – z perspektywy osoby, która zna opisywane światy i od środka, i teoretycznie. Przez kilka lat pracowałam jako escortka, równolegle prowadząc ten blog, który stał się jednym z ważniejszych głosów o pracy seksualnej w Polsce. Wydałam książkę „To tylko seks?!„, która jest odpowiedzią na 100 pytań zadanych mi przez czytelników bloga. Wróciłam po przerwie.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *