Codziennik Feministyczny przedrukował u siebie moją odpowiedź na krytyczny głos p. Agnieszki, emerytowanej prostytutki z Warszawy. Tytuł tekstu (znacznie lepszy niż mój) brzmi: Szczęśliwe seksworkerki istnieją. Odpowiedź na hejt w NaTemat.
W komentarzach dziwnie cicho i kulturalnie, trochę zaskoczenia słowem, ale ogólnie spokój. Byłam zdziwiona, Krytyka Polityczna nastawiła mnie na hejt. Oczywiście nie obyło się bez niezadowolenia, że feministyczny portal porusza temat pracy seksualnej. Jedna z komentatorek, Emilka Kosińska, podzieliła się swoją refleksją, że „Większość ofiar uważa, że jest szczęśliwa”. Bezczelna. Czemu? Już wyjaśniam.
Mansplaining (man + explaining) to słowo wymyślone dla określenia protekcjonalnego zachowania męskich aroganckich dupków, którzy lepiej od kobiet wiedzą, co kobieta ma na myśli, co kobieta powinna myśleć o danym zjawisku, albo jak wygląda rzeczywistość. Więcej o zjawisku w magazynie Elle (KLIK). Rzućcie okiem, bo będę nawiązywać.
Przekładając więc słowa Emilki Kosińskiej z polskiego na polski, pani powiedziała mi: „Kurewko, ja ci już wszystko wyjaśniam. Tobie się wydaje, że jesteś szczęśliwa. Tak naprawdę jesteś ofiarą przemocy seksualnej, bo każda tak zwana praca seksualna to przemoc i patriarchalny wyzysk kobiet”.
Zdaniem Emilki Kosińskiej i każdej osoby, która nie miała odwagi bądź sposobności podzielić się podobną refleksją, moje twierdzenie, że jestem szczęśliwa, jest kompletnie bez znaczenia. Jako pracownica seksualna nie mam prawa oceniać, co mnie uszczęśliwia, a co nie. Choć jestem kobietą, nie mam prawa stanowić o swoim ciele, bo moje decyzje są niewłaściwe, nie po linii partii, i w ogóle świadczą o moim braku odpowiedzialności.
Brzmi znajomo? Ależ tak, skojarzenia są prawidłowe. To znana nam doskonale z działań fanatycznych konserwatystów postawa wynikająca ze skrajnego seksizmu i z dzielenia ludzi na tych, co mają prawo do stanowienia o sobie, i na tych, co należą do gorszej kategorii. I dla konserwatysty, i dla SWERFki (Sex Worker Exclusive Radical Feminist), pospolita dziwka to najgorszy rodzaj podludzia, bez żadnych praw poza tymi, które rasa panująca łaskawie zechce jej przyznać. Obydwoje – konserwatysta i pseudofeministka – będą przy okazji bredzili o wartościach i o swoim rzekomym szacunku do kobiet, ale tak naprawdę będą myśleli coś w stylu „aaa, nie szanuje się, ja tego nie popieram, to niezgodne z moim światopoglądem, a więc złe, złe, złe!”.
Pamiętaj, kobieto, masz się szanować i masz być taka jak ci przykazujemy. Bo my wiemy lepiej, kiedy jesteś szczęśliwa, a kiedy zmanipulowana i skrzywdzona.
Oto, co naprawdę znaczą takie komentarze. I tak, wiem, że ich tłumaczenie to stąpanie po grząskim gruncie. Ale bez przełożenia ich na światopogląd nie wiedzielibyście, czemu uważam, że SWERF = seksistka. (Nadal nie mam dobrego przekładu dla słowa whorephobia).
Przy okazji chciałabym przekazać słowa uznania dla Codziennika Feministycznego, który po raz kolejny działa zgodnie z zasadą intersekcjonalizmu i oddaje głos mniejszościom.

ja nie mogę zupełnie pojąć, co ma patriarchat i przemoc seksualna do sex workingu. Zdaje mi się (co zresztą potwierdzają badania), że dużo kobiet doświadcza przemocy seksualnej w pozornie przykładnym małżeństwie – no ale w małżeństwie to przecież nie jest przemoc seksualna, jak wiadomo, bo kobieta wypowiedziała sakramentalne tak, więc się liczy…
W każdym razie, mieszanie przemocy seksualnej z patriarchatem jest nie na miejscu – mężczyźni również padają ofiarami przemocy. Tak samo, jak wykonują pracę sex workerów. Cytowana pani tonie chyba w anachronicznym świecie, kiedy kobiety nie miały jeszcze możliwości stanowienia o sobie i każdy przejaw seksualnego wyzwolenia postrzega jako samoponiżanie się kobiety. Idealny przykład nurtu antyseksualnego w feminizmie. Hola hola, wyrosłyśmy z tego.
PS: no dzień dobry, dzień dobry 🙂
A dzień faktycznie był dobry, bo słońce przedostało się nawet do smogowego, krakowskiego zagłębia!
Kiedyś miałam kontakt z kobietami doświadczającymi przemocy seksualnej w swoich związkach i to rzeczywiście jest plaga, szczególnie w mniejszych miejscowościach. Myślę, że problem, który dostrzegasz, sprowadza się do tego, że zdaniem wielu jakieś zewnętrzne okoliczności (małżeństwo / usługa) mają stanowić o konsensualności – bądź jej braku – danej sytuacji intymnej. I konserwatyści uwypuklają, że kobieta MA się zgadzać na seks w małżeństwie (bądź związku nieformalnym, bo w końcu jest „czyjaś”), a SWERFki – że w sytuacji, gdzie ktoś płaci, konsensu nigdy nie ma. To ładnie (tfu!) dopełnia sytuację, o której pisałam w tekście.
Cieszę się ogromnie, że dostrzegasz mężczyzn-ofiary przemocy i mężczyzn-seksworkerów. To wciąż strasznie rzadkie.
Bardzo mi miło, że tu trafiłaś i zostałaś. Liczę na dużo ciekawych wymian spostrzeżeń.
W Warszawie też wiosna <3 Cieplutko i miło.
whorephobia – Dziwkowstręt? 😉
Genialne!
A whorephobic?
dwa słowa: mający/wykazujący dziwkowstręt; skłonny do, charakteryzujący się, czujący, odczuwający, przepełniony, kultywujący itp.
Chyba się nie przyjmie 🙁 Bo chodzi mi o odpowiednik „rasistowskiego” i „homofobicznego”. Ten rasistowski, wykazujący dziwkowstręt buc? No nie wiem 🙁
Kiedyś dość mnie zdziwiło jak moja babcia użyła słowa „obrzydliwy” nie w tym negatywnym sensie, tylko jako zwyczajny opis osoby brzydzącej się.
Analogicznie tutaj mogłoby być „wstrętny” – i to by było o tyle piękne, że oprócz tego, że współgrałoby z „dziwkowstrętem” to jeszcze byłoby dość pobłażliwie nacechowane 😉 tak jak wiadomo (w sensie nawet tak to brzmi), że rasista to ktoś zły, to wszyscy, którzy boją się seksworkingu byliby wstrętni ^^
„Ty dziwkowstrętny dziwkowstręcie”… hm hm.
Musze się z tym przespać 🙂
Nie nie – dziwkowstrętny wstręcie 😉
Dziwkowstręt łatwo pomylić z dziwostrętem czyli mandragorą
Ach, DLATEGO kojarzył mi się z jakąś rośliną… 🙁 Ale słowo jest ładne i tak naprawdę -wstręt ma więcej sensu niż -fobia.
hm, ludzie w swoich miejscach pracy zawsze się sprzedają (swoj czas, energię, umiejętności, emocje, a nawet ciało- niezależnie od tego czy robotnik z tężyzną czy osoba prężąca się za biurkiem), jeśli na to zwroci się uwagę, to praca seksualna nie jest czymś negatywnym, o ile nie jest wykorzystywana niezgodnie z naszymi intencjami (a przecież ludzie w swoich zawodach najczęściej realizują nie swoje cele, często nawet te, z ktorymi nie mogą się jakoś zidentyfikować, chyba że poprzez ideologię i społeczną presję)
właśnie, jak to jest z „sexworker(k)ami”? potrzebuję rzucenia na to jakiegoś światła/ przeglądu: czy realizują w tym siebie (czy to jest ich własne), czy się nie zatracają w pracy, czy nie mają przez pracę problemow psychofizycznych, czy nie są wykorzystywane, czy i jak ustalają sobie komfort pracy, jak same się zapatrują na to co robią….?
Oj, to bardzo zależy od konkretnej osoby, jej samoświadomości, wsparcia, jakim dysponuje, cech charakteru i wielu innych czynników. Ja się czasem zatracam i potem jestem wymęczona, ale mam skłonności do pracoholizmu, które staram się poskramiać. Poza tym jest ok: to moja-moja praca, lubię ją, nie daję sobie w kaszę dmuchać, nie ponoszę negatywnych konsekwencji zdrowotnych (choć oczywiście jestem w podwyższonej grupie ryzyka, jeśli chodzi o infekcje przenoszone drogą płciową). Ale u osób, które poznałam, to wygląda bardzo różnie. Mam sporo wpisów o koleżankach z agencji w kategoriach „agencja” i „koleżanki” – z nich przekonasz się, że bywa też bardzo źle. Niestety jako grupa zawodowa jesteśmy bardzo mało świadome swoich praw i możliwości – nasz aktywizm dopiero raczkuje. Z czasem powinno się poprawić.