Wiele lat temu przekładałam na język polski jakiś anglojęzyczny feministyczny raport. Była w nim mowa między innymi o dziewczynach zatrudnionych w seks-branży. Pod wpływem namowy bardziej doświadczonego kolegi napisałam wszędzie „pracownica seksualna”, a nie „prostytutka”. Ponieważ angielski nie był wtedy moją mocną stroną, oddałam tekst do sprawdzenia osobie, którą miałam najbliżej – mojej matce.

Po jakimś czasie moja matka przyszła do mnie i zaczęła mi tłumaczyć, że kobiety pracujące na ulicy w Ameryce Łacińskiej na pewno nie są jakimiś „pracownicami seksualnymi” tylko po prostu „prostytutkami”. Że „pracownica seksualna” to może być luksusowa call girl, ale na pewno nie ktoś, kto ledwo zarabia na siebie i wsiada do samochodu każdego, kto wyrazi takie zainteresowanie. Dodała, że to brzmi śmiesznie i musi być poprawione z powrotem na „prostytutkę”.

Matka miała się i nadal ma za feministkę, ale nie jest na bieżąco z nurtem antydyskryminacyjnym i co jakiś czas reaguje zdziwieniem na moje uwagi czy słownictwo. Różnica pokoleń robi swoje.

Zmiana słownictwa ma znaczenie. Mówienie o dziewczynie szukającej klientów na ulicy per „pracownica seksualna” przydaje jej trochę godności. Jasne, możemy powiedzieć, że to zwykła prostytutka albo wręcz dziwka, ale tak samo możemy mówić o psiarni, kanarach czy klechach. Z pogardą i niechęcią. „To nie żadna pracownica seksualna, to zwykła ulicznica”. Czy zdobycie się na odrobinę szacunku rzeczywiście boli?

Sama na blogu jestem uprzywilejowana o tyle, że – pracując w tej branży – mogę sobie pozwolić na żonglowanie tym słownictwem w zależności od nastroju, kontekstu czy przyświecających mi celów (SEO ma tu duże znaczenie, poza tym lubię prowokować i po prostu mam do siebie dystans). Przez cały blog przewija się moje poważne podejście do tej pracy i szacunek do siebie – więc używanie potocznych określeń nie jest szkodliwe.

Ale wyraźnie słychać różnicę pomiędzy „jestem pracownicą seksualną” czy „pracuję w branży seksualnej” a „jestem prostytutką”. Wokół tego ostatniego słowa narosło dużo emocji i stereotypów i użycie go momentalnie aktywuje wszystkie uprzedzenia, które mogą mieć słuchacze. W sytuacji, kiedy kogoś opisujemy i przechodzimy dalej albo przedstawiamy go z zawodu – nie należy używać negatywnie nacechowanych określeń.

Podobną rolę pełni cudzysłów. Ludzie często czują potrzebę podkreślenia, że praca seksualna nie jest tak naprawdę pracą, że bycie seks-workerką to nie forma (samo)zatrudnienia tylko coś innego, gorszego, niepoważnego. Żeby to oddać, piszą: twoja „praca”, twój „zawód”. Nie lubię tego. Od razu widzę, że jeszcze wiele trzeba przepracować…

Praca seksualna nie przestanie być traktowana jako coś degradującego, jeśli nie przestaniemy używać degradujących słów i brać ją w cudzysłów. To jest normalny zawód i zasługuje na normalne, neutralne określenia.