A jednak przeczytałam „Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości” państwa Mieśników. Lektura była mniej tragiczna niż się spodziewałam, choć na czas czytania wyłączyłam dla komfortu większość ocen. Ścięła mnie jedynie pornografia – jeden rozdział tego reportażu to opowiadanie erotyczne o gangbangu (Nenufarka). Nie spodziewałam się i miałam duży zgrzyt, zwłaszcza że wiem ze spotkania autorskiego, że autor zapłacił za wstęp i udawał klienta. Wszystko, czego nie lubię w Garsonierze…

Na pewno to ciekawsza pozycja niż „Dziewczyny z Dubaju„, które grzeszyły zarówno potwornie stygmatyzującym językiem, jak żenującą monotonią tematów. Tu każdy rozdział przedstawia inną perspektywę i inny wymiar pracy seksualnej. Jest to obraz wciąż mocno okrojony, ale daje jakiś pogląd i trudno się dziwić, że niewtajemniczeni czytelnicy dają książce wysokie noty (na Lubimy Czytać „Prostytutki” mają opinię bardzo dobrej książki). Po prostu te historie można kupić. Nie jest to reportaż na poziomie, czuć w tym mocno tabloidy, ale całość wydaje się wiarygodna. Boję się nawet, że tabloidowość współgra z tematyką w oczach przeciętnego Kowalskiego. I kiedy ktoś nie wie, że istnieją zadowolone z pracy seksworkerki, to może myśleć, że autorzy nikogo nie pominęli, przyłożyli się do pracy i zachowali obiektywizm zamiast „zapominać” o Sex Work Polska.

Przy okazji, w książce pojawia się jedna z osób, które odwiedziłam z Sex Work Polska w miejscu pracy. Jest tak charakterystyczna, że nie miałam problemu z rozpoznaniem jej. Nawet wspomina, że dostaje kondomy od „jakiejś fundacji czy innej organizacji”. Tym bardziej dziwi, że autorzy nie pociągnęli tego tropu – „hm, jest jakaś taka organizacja? sięgamy do badań, robimy wywiady z La Stradą i seksuologiem Gryżewskim, pytamy policję, mamy zwierzenia właścicielki salonu masażu i klienta, to może taka organizacja pracująca na co dzień z bohaterkami tekstu też da nam ciekawe info?”. Naprawdę dziwne zaniedbanie… wróć, to było świadome i celowe.

Tym, co mnie bardzo uderzyło w „Tajemnicach płatnej miłości”, jest wyraźny kontrast między znanym mi światem a tym, który jest opisywany w książce. Do pewnego stopnia to kwestia optyki autorów – niektóre bohaterki są niezależne i zadowolone, ale przedstawia się je negatywnie. Ale większość historii to czysta patologia, wyzysk, liczne krzywdy. I to mnie boli, ponieważ oznacza, że zsieciowane seksworkerki, które są świadome swoich praw i umieją o siebie zadbać, tworzą zupełnie inną grupą społeczną niż bohaterki książek. I bohaterki książki się z nami nie identyfikują. Nie uważają się za seksworkerki, jedna z nich kategorycznie odcina się od tego słowa. Jest źle.

Gdy słyszę lansowane przez zatwardziałe feministki słowo seksworkerka, to wybucham śmiechem. Wiele razy byłam zmuszana do seksu, gwałcona, bita, szantażowana. Nie ma to nic wspólnego z tym ładnie brzmiącym określeniem. To nie praca. To przekleństwo. Kobiety są często traktowane jak niewolnice. @Justyna, pracownica agencji towarzyskiej

Dlatego ogromnie sprzeciwiam się klasizmowi w naszej branży, w którym upatruję źródła problemu. No nie ukrywajmy, że go nie ma. Że escortki mające przywilej niepracowania w czasach koronawirusa nie jadą po tych, co wciąż przyjmują klientów. Że nie ma masy podziałów między sektorami. Przykłady? Kilka dni temu po Twitterze przewaliła się dyskusja domin o tym, że komercyjna dominacja bez seksu jest spoko, a z seksem to brak szacunku do siebie. Osoby sponsorowane przez jedną osobę odcinają się od „profesjonalistek”, które wolą dywersyfikować dochody. Itd. Dodatkowo wśród osób sprzedających seks wielu klientom mamy hierarchię, która idzie mniej więcej tak: szosa, ulica, agencja, niezależne mieszkanie, outcall, bankiety. Osoby bez uzależnień są „lepsze” niż te, które mają problem z substancjami. Itd.

Ten problem jest dosłownie zabójczy. Bo osoba odizolowana, która nie czuje się jakąś tam wyemancypowaną „seksworkerką” i pracuje wyłącznie z przymusu ekonomicznego, raczej nie znajdzie informacji o bezpieczniejszej pracy. A jak znajdzie, to wierzę, choć wolałabym się mylić, że potraktuje te informacje sceptycznie, bo pochodzą od osób, z którymi – jak czuje – nie ma nic wspólnego. Czyli dalej będzie pracować w ryzykownych warunkach, prawdopodobnie tkwiąc nazbyt długo w trudnej sytuacji. To się może skończyć katastrofą.

A propos sceptycyzmu, przypomina mi się tutaj feedback przekazany mi przez jednego z klientów, fana bloga, który rozmawia o nim z innymi pracownicami seksualnymi. One mnie nie lubią. Nie kupują. Szczegóły tu.

Gładko przechodzimy do drugiego z problemów, z którym musimy walczyć. To dezinformacja oraz idąca za nią stygmatyzacja. W nią doskonale wpisuje się książka państwa Mieśników, przedstawiając okrojony obraz pracy seksualnej – takiej, która zawsze jest beznadziejna, pozbawiona perspektyw, związana z krzywdą i wyzyskiem. Czyni to książkę bardzo szkodliwą (choć dostarczającą wciąż wartościowych informacji). I tak, jest to zawód wysokiego ryzyka, który odradzam wielu ludziom (na tej samej zasadzie, na której mój mentor biznesowy zniechęcał mnie do założenia firmy w dniu wypełniania z nim wniosku CEIDG, czyli rejestrującego działalność gospodarczą: miej świadomość, że od teraz…). Ale ten zawód może być wykonywany w komforcie, ze wsparciem otoczenia, z zapewnionymi sobie zasadami bezpieczeństwa i higieny pracy. Ludzie z zewnątrz mają problem z przyswojeniem tego. Jeśli ktoś pisze, że pracuje mu się dobrze, że spotyka się wyłącznie z fajnymi klientami, a i miejsce pracy jest spoko, to słyszy „good for you” – zero refleksji, że to wynika z naszej sprawczości. Tymczasem o komforcie pracy decyduje na przykład umiejętność selekcji klientów, troska o zdrowie intymne, edukacja seksualna, no i wreszcie – umiejętność wyoutowania się przed (starannie dobranymi) bliskimi. To są nasze kompetencje, które większość pracownic i pracowników seksualnych może swobodnie opanować. Jest o nich mowa w „Doświadczalniku” (link do e-booka na stałe po prawej), uczymy się ich od siebie nawzajem na tajnej grupce. Takie informacje powinny być powszechnie wiadome! Powinny być wiedzą powszechną, bo tylko wtedy osoby krzywdzone nasiąkną nimi jeszcze przed podjęciem pracy seksualnej.

W książce jest wiele historii związanych z sutenerstwem. To zjawisko, które absolutnie potępiam, bo jest przemocą na wskroś: osoba silniejsza „bierze sobie” osobę słabszą (córkę, zakochaną partnerkę, osobę w kryzysie finansowym) i wmanewrowuje ją w pracę seksualną, wykorzystując metody, które utrudniają sprzeciwienie się: manipulację, narkotyki, „miłość”, autorytet rodzicielski, podstęp, no i groźby oraz przemoc fizyczną. Tu nie ma mowy o świadomym wyborze osoby. Ale im delikatniejsze manipulacje stosuje sutener, tym trudniej jest się sprzeciwić. A potem już mamy na przykład taką sytuację, że młodziutka kobieta sprzedana do agencji przez matkę nasiąkła tym, że praca seksualna jest lepszym wyborem niż praca „od-do”. Tylko że na samym początku odebrano jej wybór, zrobiono pranie mózgu, żeby się nie sprzeciwiała i grzecznie chodziła do pracy zamiast zgłosić sprawę szkole… więc czy w takiej sytuacji można po fakcie wybierać świadomie? Jest to na pewno utrudnione. Z drugiej strony, osoba została bez edukacji i doświadczenia zawodowego w innych miejscach, więc jest wykluczona na rynku „normalnej” pracy. Zostają jej bardzo proste i niskopłatne prace do wyboru, a w takiej sytuacji zmiana zawodu wymaga znacznie większej determinacji. Pomoc osobom zmuszonym do pracy bądź w nią wmanewrowanym, takim, które czują się z nią jak z wyrokiem na przyszłość, wymaga bardzo szerokich działań systemowych, ale na start niech to będzie właśnie walka z klasizmem, dezinformacją i stygmatyzacją.

Wracając do recenzji, mam mieszane uczucia względem „Prostytutek. Tajemnic płatnej miłości”. Na pewno nie jest to książka aż tak tragicznie napisana, jak się spodziewałam. Poszerzyła mi horyzonty, było w niej sporo ciekawych informacji (np. że znany mi klub swingerski faktycznie zatrudnia seksworkerkę, żeby rozkręcała towarzystwo – zawsze wierzyłam, że to plotka). Ale jej jakość czyni ją jeszcze bardziej szkodliwą społecznie, bo przekonująco utrwalającą obraz pracy seksualnej, który staramy się zmienić. Koniec końców, gdybym miała ją komukolwiek polecać, to wyłącznie osobom w temacie, jako uzupełnienie wiedzy.

PS. W świetle treści książki szczująca cycem okładka razi podwójnie mocno. WAB, seriously?