Ponieważ praca seksualna nadal będzie ważnym tematem bloga, postanowiłam Wam opowiedzieć o moim niezbędniku zawodowym, czyli bez czego absolutnie nie wyobrażałam sobie pracy.

Organizacja pracy

Telefon, a raczej dwa. Jeden oficjalny, dla załatwiania spraw urzędowych i do kontaktu ze znajomymi, drugi służbowy. Druga karta SIM to było to, co kupiłam jako pierwsze, kiedy podjęłam decyzję o pracy w zawodzie. Jak pewnie wiecie, po numerze telefonu bardzo łatwo ustalić czyjąś tożsamość w sieci, tak więc potrzebowałam numeru, którego nie użyłabym na Facebooku czy w ogłoszeniu na Gumtree, że sprzedam stare biurko.

Są ludzie, którzy używają jednego numeru telefonu i potem są takie kwiatki jak „rodzice się dowiedzieli”, „klient wyczaił, kim jesteś”… A jeśli masz dzieci, to już w ogóle może być kosmos i poważne problemy w sądzie rodzinnym.

Jeśli chodzi o operatorów, to od co najmniej czterech lat korzystam z Nju, które ma ofertę „dwa numery w abonamencie za 39 zł”. Mnie zwykle wychodziło trochę więcej (około 50-80 zł), bo korespondowałam z numerami zagranicznymi. W cenie mam nielimitowane połączenia i smsy oraz praktycznie nieskończone gigabajty Internetu. Teraz szykuję się do operacji logistycznej pt. podpięcie pod Nju numeru firmowego zamiast dawnego służbowego.

Urządzenie mobilne. W moim przypadku był to zawsze służbowy smartfon z dużym ekranem. W pracy korzystałam z niego do:

  • odpisywania na maile i wiadomości tekstowe od klientów (czasami klient wysyłał maila, że jest w umówionej restauracji po lewej stronie od wejścia, w niebieskiej koszuli i z gazetą),
  • do zamawiania taksówek z FreeNow (lubiłam także Bolta, które jest tańszym – najczęściej – odpowiednikiem Ubera),
  • sprawdzania trasy i czasu dojazdu na miejsce w JakDojadę (często jeżdziłam na spotkanie komunikacją miejską, co minimalizowało koszty w razie wystawki).

Było to też moje małe biuro – wyszukiwarka, kalkulator walut, dostęp do moich ogłoszeń, kalendarz. Czasami smartfon odgrywał też rolę odtwarzacza muzyki na spotkaniu – mam Spotify Premium, więc żaden gust muzyczny nie jest dla mnie wyzwaniem. Zresztą rockowe ballady są zawsze na propsie.

UWAGA. Na telefonie służbowym nie logujcie się do prywatnego Facebooka. NIGDY.

Kalendarz. Bez tego bym zginęła. Jako escortka miałam zwykle dwa kalendarze, papierowy i elektroniczny. W papierowym robiłam notatki (w tym zwłaszcza notowałam na bieżąco zarobki). W elektronicznym zapisywałam spotkania. Dawniej używałam tylko kalendarza papierowego, ale przestał się sprawdzać, kiedy rozwinęłam biznes na szerszą skalę: za dużo spotkań do ogarnięcia! Zwłaszcza że wiecie jak jest: często coś wypada, na miejsce jednego klienta wchodzi następny, przesuwa się godzina. W elektronicznym ma się porządek, papierowy byłby pokreślony i nieczytelny i z pewnością załatwiłabym jakiemuś klientowi wystawkę, co dla mnie jako profesjonalistki było absolutnie niedopuszczalne. Do kalendarza mieli dostęp wszyscy moi bliscy, tak więc to była też forma dbania o bezpieczeństwo.

Reklama

Ogłoszenia w sieci. Bez tego nie miałabym klientów. Reklamowałam się na kilku stronach, tych najpopularniejszych oraz nieco bardziej niszowych. Miesięcznie wydawałam na reklamę od 50 do 300 zł. Odlotów nienawidziłam. Do tego należy doliczyć 350 zł rocznie na utrzymanie dwóch stron www – polskiej i angielskiej. To był strzał w dziesiątkę.

Zdjęcia. Bez nich też nie miałabym klientów… no chyba że tylko Was, moich czytelników. Zdjęcie przykuwa uwagę internauty jako pierwsze i „sprzedaje” mu osobę. Czasem atrakcyjnym ciałem i ewentualnie ładną twarzą (choć w Polsce nie ma zwyczaju pokazywania twarzy), czasem klimatem i stylistyką. Ogłoszenia bez zdjęć nie mają racji bytu.

Aha, z uwagi na fobię związaną z fotografami nigdy nie dorobiłam się profesjonalnej sesji zdjęciowej. Z nią pewnie zarabiałabym więcej, ale jakoś tak… no nie.

Wygląd

Bielizna. Dużo kompletów bielizny w klasycznych i mniej klasycznych kolorach (jeśli klienci prosili o konkretny kolor, to najczęściej o czarną i czerwoną). Musiało być ładnie, elegancko, zmysłowo.

Sukienki. Must have. Dużo. Choć na początku miałam tylko dwie.

Rajstopy i pończochy. Pończochy do pasa i samonośne, czarne i cieliste, rajstopy cienkie, średnie, udające pończochy lub zakolanówki, ze wzorkiem, gładkie, w każdym kolorze… Czasem dostawałam je jako upominek i bardzo to ceniłam, bo w tej pracy nigdy za dużo rajstop i pończoch (oczka!), a poza tym to najprostsza metoda, żeby idealnie wpisać się w czyjś gust. Rajstopy i pończochy to był zdecydowanie najczęstszy fetysz moich klientów.

Szpilki. Osobiście nie przepadałam i na co dzień nie nosiłam, ale klienci prosili, więc co zrobić…

Strój sekretarki. Praktycznie jedyne przebranie, o jakie pytali moi klienci. Policjantki, strażaczki, pielęgniarki – zapomnij. Nie było sensu wydawać na to pieniędzy. Za to biała bluzka i biurowa spódniczka oraz żakiet do kompletu… o tak, to było to.

Kosmetyki i akcesoria do pielęgnacji. Niesamowicie dużo kosmetyków – dawniej nie wyobrażałam sobie, że tyle mogę mieć, mimo że trzymałam i dalej trzymam się założenia, że jeśli czegoś nie potrzebuję (bo mam i się sprawdza), to nie kupuję kolejnej sztuki tego samego. Dodatkowo starałam się, żeby to były rzeczy dobrej jakości. Markowe perfumy, profesjonalny podkład, którego prawie nie widać, kremy, których ceny zwaliły mnie z nóg, szampon i odżywka ze specjalistycznego sklepu, itp. Zauważyłam w trakcie pracy, że odkąd zaczęłam kupować produkty w perfumeriach, a nie w Rossmannie i odkąd przeszłam szkolenie z makijażu, praktycznie nie spotykało mnie „ja jednak podziękuję, nie jesteś w moim typie”, tak więc jest to naprawdę ważny element wizerunku.

Torebka i jej zawartość

Kiedyś nosiłam małą, ale zwykle nie wystarczała. Potrzebowałam dużej torebki, do której – poza kluczami, telefonami, portfelem, chusteczkami itp. – wejdą:

  • ewentualne przebranie (na przykład bodystocking lub szpilki i pończochy, których ze zrozumiałych względów nie zakładałam zimą),
  • zapasowe kosmetyki do poprawienia makijażu i coś do jego zmycia. Pod koniec pracy odkryłam Glov, to był strzał w dziesiątkę
  • płyn do płukania ust w małej buteleczce turystycznej,
  • akcesoria erotyczne  – czasem nosiłam ze sobą cały ekwipunek, a zwykle przynajmniej wibrator łechtaczkowy (który uwielbiał wypadać z pudełka i włączać się przypadkiem w miejscu publicznym. Postronni wierzyli, że to telefon, więc spoko)
  • zestaw prezerwatyw i masek oralnych (prezerwatyw z torebki w ogóle nie wyjmowałam oraz pilnowałam, żeby zawsze było ich co najmniej pięć)
  • Ranigast, bo jedzenie w restauracjach nieznanych potraw… no… przydawał się.

Niektóre escortki są hardkorkami i na spotkania – zwłaszcza do hotelu – jeżdżą z walizką, w której trzymają kilka par przebrań i butów. Mnie się nie chciało. Chyba że ktoś miał takie życzenie, a zdarzało się jak najbardziej… Więc elegancka walizka na kółkach to też must have. Najlepiej jak może robić w samolocie za bagaż podręczny.

***

Co byście dodały do tej listy?