Wsiądźmy do wehikułu czasu. Jest 2014 rok. Święta Ladacznica jest po wielkim życiowym kryzysie, w którym była prawie całkiem sama. Prawie, bo odwiedzała ją jedna przyjaciółka, dzięki czemu znana Wam blogerka miała co jeść i miała odwagę iść do zsypu ze śmieciami (może z 15 metrów). Prawie, bo miała dostępnego online byłego klienta, słynnego Tima, który czasem pisał jej „cheer up, it will be better soon”. W życiu Świętej Ladacznicy właśnie pojawił się drugi były klient, który – widząc stan lubianej znajomej – złapał się za głowę i postanowił ją postawić do pionu.

Wychodzenie z kryzysu trwa, a w tym czasie pojawiają się z powrotem ludzie, którzy zobaczyli, że ich pocieszycielka i rozchmurzaczka jest znowu dostępna i można skorzystać z jej wsparcia.

Jest wśród nich życiowy nieogar, który zaraża mnie ciągle lękiem i demotywacją, ale na pozór bardzo się stara być fajnym kumplem. Jest tak fajny, że naraziłby mojego zwierzaka na tragiczną śmierć, bo jego komfort nieuwagi był ważniejszy niż bezpieczeństwo lubianego podobno żywego stworzenia. Jest też tak fajny, że kiedyś zmarnował mi dzień pracy po nic, bo bał mi się powiedzieć, że coś spieprzył.

Jest wśród nich jego żeński klon (bardzo się polubili). Osobie tej powierzyłam w zaufaniu dom i zwierzaka pod opiekę, kiedy wynajmowałam drugi pokój krótkoterminowo. Skończyło się żywym zwierzakiem i negatywną recenzją od lokatora.

Jest wśród nich osoba, która zwie mnie najlepszą przyjaciółką, ale odzywa się do mnie raz na ruski rok i głównie po to, żeby poczuć się lepiej ze swoim szarym, burym życiem. Bo ja ją usilnie przekonuję, że stać ją na więcej. Ładuje się rozmową ze mną i zapomina o mnie do następnego kryzysu. W 2014 roku widzę ją po raz ostatni, potem nigdy nie ma dla mnie czasu, pomijając ten na doładowanie jej bateryjek.

Jest wśród nich osoba, która znika na pół roku, bo akurat ma zły nastrój, a potem pojawia się i mnie wspiera. Ale tylko do czasu aż powiem, że nie ma mojej zgody na popełnianie przestępstw i jak nie poszuka dla siebie pomocy, to zgłoszę sprawę do odpowiednich służb. Uważa to za szantaż i obraża się na kilka lat.

To są ludzie, których uważam za najlepszych przyjaciół w 2014 roku. Przed pracą seksualną full time. Na szczęście w trakcie tego roku idę po rozum do głowy i odzywam się do wieloletniej koleżanki, która myślała, że ja jestem zbyt zajęta, żeby rozmawiać na messengerze i to uszanowała. To fajna osoba z głową na karku.

Pod koniec roku pojawi się jeszcze człowiek, który skłamie w ważnej sprawie i tym kłamstwem prawie zniszczy moją jedyną sensowną przyjaźń. Dla odmiany człowiek zarabia na życie żebraniem po znajomych, kreując się na ofiarę losu, która bohatersko walczy z niezliczonymi przeciwnościami losu. Ale nie chce podjąć żadnych zmian w swoim życiu. Kupuję to przez chwilę, a potem widzę, że hej, to ja sprzed dwóch lat! No – minus żebranie.

W 2014 roku haruję ciężko i nawet mam pomysły na siebie, ale za mało wiem i umiem, żeby przetworzyć je w prosperującą działalność. Każde moje działanie jest niedochodowe i kończy się porażką. W końcu decyduję się na pracę seksualną.

Mija parę lat. Poznaję w pracy wielu ludzi. Intensywnie muszę stawiać granice i dostrzegać pasożytów, bo chodzi o pieniądze i o moje bezpieczeństwo oraz higienę psychiczną. Pozbywam się ludzi typu Pan z Niemiec czy Pan ze Szwecji, którzy się we mnie „zakochują” i liczą na zniżki jako „bardzo dobrzy klienci, nie tacy jak wszyscy”. Równocześnie zauważam wartość w innych ludziach, którzy pomagają mi bezinteresownie.

I nagle jest dzisiaj, a ja orientuję się, że większość mojego najbliższego otoczenia to byli klienci, którzy okazali się oddanymi przyjaciółmi, za to toksyczni ludzie pojawiają się w moim życiu tylko na chwilę. Czyli do czasu, aż okaże się, że są toksyczni. Kilka miesięcy wprawdzie bujałam się rok temu z pożegnaniem ciężko chorego psychicznie przyjaciela poznanego zaraz po maturze – to ten, co uznał zapowiedź zgłoszenia przestępstwa służbom za szantaż – ale ja po prostu nie mam już tolerancji dla fikcji. A tam była sama fikcja i zero przyjaźni, chyba że na papierze.

„Bliscy”, czyli mój chłopak i moi dwaj najbliżsi przyjaciele, to moja wartość nr 1. Dla pozostałych przyjaciół też jestem w stanie zrobić bardzo wiele. Ale to sprawdzeni ludzie. Nie jestem już męczennicą, która jest sama w kryzysie. Przykładowo, jakiś miesiąc temu miałam krótkotrwały nawrót depresji. Trwał bardzo krótko dlatego, że mam najlepsze wsparcie na świecie. Mój przyjaciel natychmiast po dostrzeżeniu problemu (ja bagatelizowałam) załatwił mi wizytę u lekarza i nazajutrz miałam już konsultację, a mój chłopak stawał na rzęsach, żebym czuła się lepiej: karmił ciastkami w cukierni, zabierał do teatru i przynosił herbatkę, a do tego wszystkiego totalnie odciążył mnie z życiowych bolączek. Drugi przyjaciel wspierał jak mógł zdalnie – dobrym słowem i przelewem.

Wciąż mam dobre serce i daję ludziom szanse, ale jak coś nie gra, to nie boję się konfrontacji, czyli szczerej rozmowy. Przeważnie oznacza koniec znajomości, ale czasem to właśnie ona jest daniem szansy relacji. Na pewno jest papierkiem lakmusowym.

Dziś właśnie miałam taką rozmowę i usłyszałam w niej coś, co mi utkwiło w głowie. „Życie nauczyło mnie, żeby nie mieć oczekiwań”. To jestem cała ja sprzed paru lat. Niskie oczekiwania. Niskie standardy. Trudno mi przeboleć, że człowieka, który tak lekko podszedł do życia mojego ukochanego zwierzaka, wywaliłam z życia dopiero przy tej drugiej wtopie. Ale to przeszłość. Teraz jestem cholernie wymagająca i bardzo mi z tym dobrze, choć jestem dużo mniej lubiana.

Oczywiście wymagam też dużo więcej od siebie. Bo mnie na to stać.

*****

Wpis z cyklu Praca seksualna ułożyła mi życie

Kolejne części: związki / organizacja / biznes / zdrowie.