Poszłam ostatnio do Centrum Praw Kobiet poszukać pomocy dla siebie. W 50 minut „pierwszego kontaktu”, po którym miałyśmy ustalić, co dalej, streściłam praktycznie całą historię mojego życia. Dużo tego było. Dostałam się do psychologa, będę pracować nad odległą przeszłością.

O tym, co działo się w moim życiu przed pracą seksualną, mówię na blogu i w mediach bardzo mało. Możecie wiedzieć, że był totalny brak pieniędzy, mobbing, PTSD (wyleczony na terapii rok przed wejściem do branży) oraz zakupoholizm, ostatnio wspomniałam o nawracających „od prawieków” stanach depresyjno-lękowych. Starczy.

To nie jest coś, co chcę tu poruszać, bo jestem osobą bardzo sprawczą, pozytywnie nastawioną do życia i zorientowaną na sukcesy. Fakt, czasami coś mnie przytłoczy – wtedy wchodzę pod kocyk i dzwonię pod moje prywatne 0-800-WSPARCIE. Potem zabieram się do pracy.

Przede wszystkim jednak nie chcę wchodzić w stereotyp ofiary prostytucji.

Zauważyłam już dawno, że SWERF-y najczęściej nie robią nic kompletnie, żeby pomóc bezpośrednio osobom w zawodzie. Nie odwiedzają nas w agencjach, nie budują sieci wsparcia, nie wzmacniają w nas poczucia sprawczości. Natomiast bardzo chętnie znajdują argumenty za tym, że praca seksualna jest Wielkim Złem, że „kobiety w prostytucji” (nienawidzę określenia) cierpią i że mężczyźni to świnie. Czyli idea jest dla nich ważniejsza niż człowiek.

Nigdy nas nie słuchają – wybierają tylko „dowody” z naszych wypowiedzi, jak rodzynki z ciasta. Na przykład fanpage „Za kobietami – przeciw prostytucji” przeczytał rozdział z „Doświadczalnika” o przeciwdziałaniu wypaleniu zawodowemu i stwierdził, że tak naprawdę mówimy eufemistycznie o PTSD. No nie. Przypadkiem mam porównanie. PTSD wygląda inaczej niż to, co opisujemy.

SWERF-y nie chcą nam realnie pomóc z naszymi codziennymi bolączkami. Gdyby chciały, musiałyby najpierw zrozumieć nasze potrzeby. Czyli że większość z nas zwyczajnie potrzebuje tyle a tyle pieniędzy, żeby spiąć miesięczny budżet, a część buntuje się przeciwko harówce za grosze i wybiera godne warunki życia. I że może czasami nie mamy pomysłu, jak uzyskać takie kwoty z innych prac, ale włączanie w tym momencie trąbienia o kapitalizmie i godnym wynagrodzeniu nie pomoże nam zapłacić rachunku za prąd. Pomogłoby np. pokazanie osobom chętnym, jak możemy zacząć zdobywać nowe kwalifikacje zgodne z naszymi potrzebami (np. godna praca, spokojne warunki, elastyczny grafik dopasowany do potrzeb typu osoba pod opieką, ataki paniki czy aktywna walka z nałogiem), a następnie stopniowo dywersyfikować nasze przychody. To jednak wymaga indywidualnego podejścia i – o zgrozo – jakichś kompetencji. Łatwiej się pluć o kapitalizm i seksizm.

Wspominałam ostatnio o dwóch znanych mi „ofiarach”. Obie wyszły z trudnych sytuacji same. Nie zostały wyrwane ze szponów przemocowego alfonsa przez kogoś innego, kto poprawił sobie tym aktem samopoczucie. Przeciwnie, te kobiety same przewalczyły swoje obawy i opory, poszukały wsparcia i odeszły na własnych warunkach. Nawet jeśli doznawały przemocy i wyzysku, wcale nie dały się zaszufladkować jako bezwolne ofiary. (Nie mówię o ofiarach handlu ludźmi, które są przetrzymywane siłą, tylko o osobach, które zostały pozbawione poczucia sprawczości przez szefostwo, a następnie je odzyskały).

Gdybym zaczęła mówić raz po raz, co mi było i co mi jest, zostałabym dla SWERF-ów kolejną „kobietą z problemami”. Ni cholery nie zobaczyłyby, że praca seksualna dała mi masę korzyści, dzięki którym teraz jestem w tym miejscu, w którym jestem. Mózg by im się sfajczył na myśl, że praca seksualna może w pozytywny sposób pozwalać odzyskać kontrolę nad swoim życiem, poznać świetnych ludzi, którzy będą największym wsparciem i stanąć psychicznie na nogi.

Albo znowu wpadłabym w szufladkę „uprzywilejowanej”, podczas gdy moim głównym przywilejem jest pozytywny mindset, dzięki któremu nawet pomimo wpisu o negatywnych konsekwencjach nadal trzymam się tego, że to była moja decyzja i podjęłam ją z dobrodziejstwem inwentarza jako najlepszą na dany czas.

Dużo młodych stażem pracownic seksualnych na grupie dla seksworkerek pisze, że żyły w stygmie i izolacji, a potem trafiły do społeczności i zaczęły myśleć o sobie dobrze. Nie, niekoniecznie polubiły tę pracę. Ale odzyskały poczucie godności i sprawczości, dowiedziały się, jak skuteczniej działać, minimalizować ryzyko etc.

SWERF-y jakoś dziwnie nigdy tego nam nie zapewniają. One tylko mają moc wkurzania części z nas i wpychania pozostałych do bagienka „jestem ofiarą” oraz są fankami modelu prawnego, który zaspokaja ich mizoandryczne potrzeby karania mężczyzn, za to nam robi jeszcze większą krzywdę.

Tak naprawdę SWERF-om nie chodzi o nas. Chodzi o walkę ideologiczną, a my jesteśmy narzędziem. Ilustracją idei, które zwalczają. I jakkolwiek idee są feministyczne, tak wykorzystywanie naszych doświadczeń – ni cholery.